Instynkt Przetrwania #16: Trening w stylu Sił Specjalnych

Instynkt Przetrwania, jako odrębna inicjatywa Aktywu Północnego, odzwierciedla nie tylko nasze dążenia do doskonałości i potrzeby realizacji na różnych płaszczyznach, to również walka ze swoimi słabościami. Samodyscyplina, ciężka praca jak i trening charakteru są niejako narzędziami do wcielenia w życie naszej doktryny. W niedalekiej przyszłości postaramy się zorganizować podobny trening dla większej liczby osób, wliczając w to nacjonalistów spoza naszej inicjatywy.

Szesnasta edycja IP była nietypowa pod kilkoma względami od poprzednich odsłon, gdyż wziął w niej udział tylko jeden z naszych przyjaciół wraz z instruktorem, który jako operator jednej z jednostek sił specjalnych pragnie zachować anonimowość. Stąd decyzja o uszanowaniu jego prośby i obecności na niej tylko jednego przedstawiciela Aktywu Północnego. Ponadto pierwszy raz w historii IP w relacji nie znajdziecie zdjęć ani filmu. Mając na uwadze powyższe prosimy o wyrozumiałość. Zapraszamy do lektury relacji z tej jakże ciekawej ekspedycji.

19 sierpnia dzięki M., operatorowi sił specjalnych, miałem możliwość przejścia jednego z treningów serwowanych żołnierzom przez Dowództwo Sił Specjalnych. Pomimo, iż sam pomysł na wypad do lasu wyszedł spontanicznie podczas luźnej rozmowy, to jednak przygotowania do niego potraktowaliśmy poważnie. Scenariusz treningu obejmował stworzenie „maski”, czyli opracowanie nowej tożsamości w razie kontaktu z „siłami przeciwnika” tak, jak to wygląda w trakcie realnych działań bojowych. My natomiast, traktujemy to tylko i wyłącznie jako trening polegający na zapamiętaniu dużej ilości informacji w krótkim czasie. Nie inaczej było z przeanalizowaniem mapy terenu w promieniu 30 km od „punktu wyjścia”, czyli naszej umownej bazy wypadowej.  Na zapoznanie się ze wszystkimi punktami odniesienia zaznaczonymi na mapie mieliśmy zaledwie 30 minut. Uwierzcie mi, że przestudiowanie takiego obszaru, którego wcześniej nie znaliśmy jest naprawdę trudne.  

Ponadto, aby wszystko utrudnić, przeprawa miała odbyć się w nocy bez użycia elektroniki takiej jak: latarka, GPS oraz oczywiście telefonu komórkowego. Mój kolega instruktor pozwolił mi zabrać z ekwipunku osobistego wszystko co uważałem za słuszne. Dobranie sprzętu było o tyle trudniejsze, że nie byłem pewien na co mam się przygotować. Podejrzewałem, że może dojść do przeprawy przez rzekę lub brodzenia w podmokłych terenach. Jako że nie jestem nowicjuszem, gdyż niejednokrotnie brałem udział w różnorakich wypadach, to i tak nie uniknąłem zbyt ciężkiego plecaka, który ważył 15 kg. Ekwipunek zawierał m.in. wodę, węglowodany, rację żywnościową, dodatkowe buty, skarpety, nóż. 

Wyjazd zaplanowany był na godzinę 21.00, jednak wtajemniczony w akcję kierowca (drugi instruktor- przyp. aut.) przybył już o godz. 20.00 i zarządził, że do „punktu wyjścia” dotrzemy z założonymi opaskami na oczach. Nie było zatem czasu na przepakowywanie i przemyślane spakowanie niezbędnych rzeczy. 

Od tej chwili przeszedłem na tryb pełnego skupienia w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Przez około pierwszych dziesięć minut wydawało mi się, że kontroluje wszystko, jak np. kierunek, w którym się poruszamy, ilość zakrętów etc., jednakże krzyki, głośna muzyka i ciągłe powtarzanie mi kim jestem sprawia, że wszystko zlało się w jedno. Nastąpił prawdziwy chaos w mojej głowie. Poddałem się mimowolnie i po prostu czekałem. Wydawało mi się, że nasza podróż ciągnie się w nieskończoność (dopiero po zakończeniu naszych działań i omówieniu całości okazało się, że jechaliśmy 30 minut). 

„Wtajemniczony” ściągnął nam opaski, okazało się ze samochód stoi w środku lasu. Tu nasze drogi się rozchodzą. Wszechobecny mrok nie pozwalał na poruszanie się trasą, którą przyjechaliśmy, więc po szybkiej analizie doszliśmy do porozumienia ze musimy kierować się na południe. Po obraniu kierunku ruszyliśmy w drogę. Krzaki, gałęzie, wysoka mokra trawa i ciemność spowodowały, że przestało się liczyć to, czy się pobrudzimy lub przemoczymy ubrania, zaczęły się natomiast wyostrzać zmysły. Wiedza i intuicja były nam za przewodnika, a wola walki nie pozwalała zrezygnować.  

Po około godzinnym intensywnym i wyczerpującym marszu dotarliśmy do miejsca nic nie wnoszącego do naszej przeprawy – gorzej - okazało się, że dołożyliśmy dodatkowych kilometrów. Irytująca sytuacja nie ostudziła naszych zapałów, wręcz przeciwnie. Kolejny raz obieramy kierunek i ruszamy w dalszą drogę. Ciężko określić czas, ale w przybliżeniu po 3 godzinach marszu po trudnym terenie udaje nam się dotrzeć do znanej nam z mapy miejscowości, dzięki której łatwiej jest nam określić położenie i kierunek marszu. Złamaliśmy tym samym jedną z zasad, która mówi, że nie poruszamy się w okolicach terenów zabudowanych.  Znikamy zatem w milczeniu w otchłań lasu.  

Godziny marszu od momentu zdjęcia opasek sprawiają, że jesteśmy już naprawdę głodni. Posilamy się „pysznościami” z racji żywnościowych przygotowanych na podgrzewaczu, którego ogień był umiejętnie ukrywany. Pamiętając, że malutki ogień widoczny jest z bardzo dużej odległości. Pozwala nam to na posiłek o letniej temperaturze. Zebrawszy potrzebne nam siły ruszyliśmy w dalszą drogę, dzięki nawet marnej jakości posiłkowi nasze nastawienie jest teraz zupełnie inne, a morale wysokie.   

Noc dawała się we znaki, bo w ciemności ciężko określić kierunek poruszania. Powoduje to opóźnienie i z tego powodu zmuszeni byliśmy przyśpieszyć. Przeszliśmy do marszobiegu, który z ciężkim plecakiem po nierównym terenie okazał się naprawdę wyczerpujący. Do tego dyskomfort panujący w dzikim lesie, trafiliśmy bowiem na okres polowań. Ciągłe strzały i trzaski poruszającej się zwierzyny przyprawiały o szybsze bicie serca, tym bardziej, że nie mieliśmy żadnego światła i łatwo mogło dojść do pomyłki.  

Dotarliśmy do miejscowości oddalonej około 13 km od miejsca naszego punktu docelowego. Chwila przerwy pozwoliła podładować baterie i znowu następuje gonitwa. Wszystko po to, aby wyrobić się z założonym przez nas czasie. Czułem, biegnąc leśną ścieżką, jak stawy zaczynają niemiłosiernie boleć a mięśnie drżą z przemęczenia. Żaden z nas się jednak nie odzywa ani nie uskarża, po prostu biegniemy. Po tak morderczym rajdzie miałem tylko jedną myśl w głowie… odpoczynek. Dotarliśmy do celu, zadanie wykonane! 

W trakcie całego wypadu obyło się bez kontaktu z autochtonami, nie padliśmy ofiarą myśliwego czy dzikiej zwierzyny. Pokonaliśmy mniej więcej 40 km w 7 godzin w ciężkich warunkach, polegając wyłącznie na własnym doświadczeniu i instynkcie, który tak naprawdę aktywuje się dopiero w miejscu z dala od cywilizacji. 

Reasumując, trening przygotowany był w pośpiechu, zatem nie miałem możliwości na przygotowanie się w taki sposób, jak robią to żołnierze jednostek specjalnych. Ponadto powinienem pokonać całą trasę sam, jednak że był to pierwszy taki mój sprawdzian, zatem oko nauczyciela podczas tego typu zajęć okazało się niezbędne. Uważam, że była to świetna przygoda i dobry trening zarazem. Miałem szansę nauczyć się kilku nowych rzeczy i kolejny raz sprawdzić swoją kondycję. Czekam na kolejną taką przygodę.  

„Per aspera ad astra” 

S.

Translate

   

   

Polecamy

 

 

 

więcej w dziale

LINKI

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank