Instynkt Przetrwania# 10: Nordic March- Śladami Słowińców

Zgodnie z zapowiedzią, dziesiąta –jubileuszowa- edycja Instynktu Przetrwania miała przewyższać pod każdym względem poprzednie. Tym razem postawiliśmy sobie za cel przejście z ekwipunkiem 100 kilometrów. Dystans ten zniechęcił co poniektórych zainteresowanych, którzy kontaktowali się z nami za pomocą naszej poczty elektronicznej. Prawdopodobnie niska temperatura też miała niemały wpływ na frekwencję. Rzecz jasna, dla nas, warunki atmosferyczne nie mają najmniejszego znaczenia, zatem w ostatni weekend października wyruszyliśmy na kolejną ekspedycję. O zmaganiach, trudnościach i euforii po przejściu trasy opowiemy w poniższej relacji…

 Łeba

 Dojeżdżamy do Łeby ok. godziny 23:20, szukamy miejsca parkingowego i powiedzmy, że się nam udaje;) Po wyjściu z samochodu odczuwamy nagły spadek temperatury. Nie tracąc czasu przebieramy się, zabieramy ekwipunek osobisty i w osłonie nocy ruszamy w stronę m. Rąbka. Tu przekraczamy granicę Słowińskiego Parku Narodowego i po kilku kilometrach mijamy Wyrzutnię Rakiet idąc na Górę Łącką. To na owej górze decydujemy, że schodzimy ze szlaku i ruszamy własną ścieżką poprzez wydmy i lasy. Po wspięciu się na Białą Górę postanawiamy rozbić prowizoryczny obóz i posilić się przed kolejnymi przygodami. Wchodzimy w okoliczne nadmorskie lasy i po wypiciu gorącej herbaty kładziemy się spać na ok.3,5 godziny. Pobudka o godzinie siódmej nie popsuła nikomu humoru w ten sobotni chłodny i wietrzny dzień. Pakujemy się, jednocześnie jedząc szybkie śniadanie.

Przechodząc przez Góry Sowie, w lasach przylegających do Wydmy Czołpińskiej postanawiamy odpocząć, posilić się i napić czegoś gorącego. Zakładaliśmy, że w czasie marszu nie będzie czasu na przystanki,uzupełniamy zatempłyny z naszych Camelbaków. Przy okazji warto nadmienić, że świetnie sprawdzał się rozrobiony w nich napój z wody i glukozy.

Schodząc z Wydmy Czołpińskiej na jakiś czas wchodzimy znowu na Szlak Słowińców i po kilku kilometrach wkraczamy do wsi Czołpino.  Stąd kierujemy się- przez Smołdziński Las- na Górę Rowokół.

 Góra Rowokół

 aczyna już zmierzchać kiedy stoimy u stóp góry, czyli we wsi Smołdzino. To co tam ujrzeliśmy podniosło nam lekko ciśnienie. Na pewnym skrzyżowaniu stoi pomnik ku czci poległym „bratnim” wojskom ze Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Często, podczas różnych wycieczek,zdarza się nam oglądać relikty z czasów I i II Wojny Światowej, jednak nikt ich tak pieczołowicie nie remontuje jak tego pomnika. Widać lokalne władze mają sentyment do tamtych czasów, a może i nawet czerwony rodowód.

Dla nas jednak ważniejsze, od zdemolowania tego plugawego pomnika, jest uczczenie wizyty na legendarnej górzeRowokół, zwanej również świętą górą Słowińców.Pierwsze ślady ludzkiej działalności związanej z górą pochodzą z IX wieku, kiedy to pradawni Słowińcy oddawali cześć bóstwu ognia – Swarożycowi.Archeolodzy odkryli na południowo-wschodnim zboczu Rowokołu pozostałości kolistych wałów wraz z wielkim paleniskiem ofiarnym i szczątkami kości zwierząt.

 Dotarcie na szczyt, porośnięty wysokimi jodłami i prastarymi bukami, niezajmuje nam sporo czasu. Co nie oznacza, że nie jest już późno a my nie jesteśmyzmęczeni. Postanawiamy odpocząć i posilić się przed dalszą trasą. Odnajdujemy wały  pomiędzy jakimiś idiotycznymi ławeczkami i chatkami dla turystów „Januszy” i rozbijamy obóz. Znów zapłonął ogień jak przed tysiącem latna górze Słowińców, wyrastającej ponad kaszubskie krajobrazy.

Po posiłku ustalamy, że nasza drzemka będzie nie dłuższa niż 4 godziny, spowodowane to jest tym, iż jeden z naszych towarzyszy podróży musi być ok. południa w domu. Jednogłośnie stwierdzamy, że nie ma sensu się rozdzielać i przyjęliśmy wyzwanie;) Huk wiatru oraz szum majestatycznych drzew kołysze nas do snu- w końcu upragniony odpoczynek.

Droga powrotna

 Chwilę po północy budzik oznajmia nam, że czas wyruszać w dalszą drogę. Wciąż lekko zaspani pakujemy się i pozostawiamy po sobie - jak zwykle- należyty porządek. Wyruszamy w mroku nocy, próbując jak najszybciej zmusić obolałe mięśnie do dalszej pracy, jaką jest schodzenie ze szczytu. Przemierzając wieś Smołdzino zaczynamy szukać oznaczeń szlaku. Utrudniają nam to plakaty i ulotki poprzyczepiane do drzew i słupów, stanowiące coś w rodzaju „ogłoszeń parafialnych”. Niestety skręcamy w złą stronę i omijamy wejście na szlak. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że idziemy z powrotem w kierunku wsi Czołpino. Na szczęście szybko się odnajdujemy i po kilkunastu kilometrach wkraczamy do wsi Łokciowe.  Stąd prowadzi prosta droga do m. Kluki, gdzie musieliśmy odbić mocno na południe aby ominąć Ciemieńskie Błota. O tej porze roku trasa ta jest praktycznie nieprzejezdna, zmuszeni jesteśmy przedzierać się zalanymi ścieżkami, które dodatkowo zostały zryte przez dziki na odcinku kilku kilometrów. Spowalnia to znacząco nasz marsz i powoduje, że nasze buty i nogawki spodni aż do kolan to jedna błotna maź. Trasa jest najgorsza w okolicach Ciemieńskich bagien, gdzie w niektórych momentach sprawdzamy głębokość przecinających ścieżkę bagien kijkiem trekkingowym. Czasami zagłębia się w nich po samą rękojeść i musimy szukać alternatywnej drogi. Tracimy tu mnóstwo czasu na wydostanie się stąd, zmuszeni przedzierać się przez lodowate kałuże i bagna.

Gdy weszliśmy na groble oddzielającą jezioro od rzeki prowadzącej do m. Izbica natrafiamy na tablicę informującą turystów o utrudnieniach na szlaku. Rozbawieni treścią tablicy stwierdzamy, że absurdów w naszym kraju nie musimy szukać aż na ul. Wiejskiej. Naszym kolejnym celem na trasie jest m. Gać, to właśnie tam chcemy zrobić ostatni przystanek, odpocząć i zjeść resztki posiadanych racji żywnościowych.

Docieramy do niej ok. godziny ósmej rano. Marsz w przemoczonych butach i spodniach zmusza nas do tego, aby zdjąć obuwie i skarpetki choćby na chwilę. Szybkie śniadanie i gorąca herbata zaparzona na polowej kuchence, wykorzystującej jako paliwo tabletki esbit, podnosi temperaturę ciała i poprawia morale.

Nie mija 20 minut i znowu jesteśmy na trasie. Do pokonania zostało nam jakieś 14 km, zatem nie zwalniając tempa idziemy w kierunku Łeby do naszego samochodu.Nasz widok, w niedzielny poranek, budzi wśród mieszkańców wsi Żarnowska zainteresowanie i zdziwienie zarazem. Nie zważając na spojrzenia autochtonów pokonujemy ostatnie kilometry dzielące nas do celu w dobrych, a nawet bardzo dobrych humorach. Snute są plany co do spędzenia popołudnia w domach a wygłupy i docinki nie mają końca. Około godziny 10:00 na horyzoncie widzimy zarysy budynków Łeby, jednakże dojście do samochodu zajmuje nam jeszcze dobre pół godziny. Wraz z kolegą i jego zwariowanym husky, wabiącym się „Urwis”, postanawiamy ostatni dystans dzielący nas od samochodu… przebiec. To dowodzi, że cała przebyta przez nas trasa wraz z plecakami, w zimnie i przemoczonej odzieży nie złamała naszego ducha walki.

 Podczas dziesiątej edycji Instynktu Przetrwania nie tylko okrążyliśmy jezioro Łebsko- więcej -obeszliśmy rejony należące niegdyś do plemion Słowińców. Wyprawa ta,dała nam pewne wyobrażenie co do naszego przygotowania. Ukazała co jest zbędne a co jest obowiązkowym elementem indywidualnego wyposażenia. Jak należy racjonować pożywienie i chyba najważniejsze- jak uniknąć odwodnienia!Konkludując, była to jedna z najbardziej wymagających i wyczerpujących ekspedycji, jednakże nie ostatnia w tym stylu. Kolejna jest już w przygotowaniu, zatem zainteresowanych prosimy o kontakt.

  STRENGTH IS MORAL GLORY !

 

P.S. Szacunek dla S. i „Urwisa” za to, że przebyli setki kilometrów aby wziąć udział w wyprawie, wprowadzając jednocześnie pozytywne nastawienie i humor;)

Plakat promujący wydarzenie:

 O.R.I.O.N

Translate

   

   

Polecamy

 

 

 

więcej w dziale

LINKI

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank