Instynkt Przetrwania # 8: Tropem Wilczym

Mija zaledwie tydzień od naszego szkolenia taktycznego w Rutkach a już wybieramy się na kolejną wyprawę. Tym razem naszym celem jest nocny marsz na azymut. Wybieramy teren nam kompletnie nieznany aby uniknąć tzw. „marszu na pamięć”, także przenosimy się na południe Pomorza. Naszym celem jest przejście nocą wzdłuż granicy województw pomorskiego i kujawsko-pomorskiego przez Bory Tucholskie. Podróż zaczynamy w małym miasteczku położonym nad samą Wisłą, Nowym aby dojść do miejscowości Stara Rzeka nad Wdą. Zbieramy się z małym poślizgiem ok. godziny 22.00. Jest ciemna noc, chmury przesłaniają gwiazdy czyli pogoda wręcz idealna na takie manewry. „Śmigłowiec”  wyrzuca nas w wyznaczonym miejscu ok. godziny 23.00 i możemy zaczynać ;)

 Marsz na azymut jest jednym z podstawowych elementów wyszkolenia taktycznego. W dobie smatfonów, GPS-ów i innych urządzeń elektronicznych bagatelizowany a tak ważny np. w czasie konfliktu zbrojnego. Dlatego posługiwanie się mapą i kompasem jest swoistym abecadłem.

Ruszamy pełni zapału i naładowani pozytywną energią powoli oddalamy się od cywilizacji. Mijamy ostatnie domostwa i po niedługim czasie znajdujemy się w środku ciemnego lasu. Marsz na azymut nocą różni się od tego za dnia. Ciężko wyznaczać punkty orientacyjne, niekiedy posługujemy się tylko intuicją maszerując północ-południe, wschód-zachód. Bory Tucholskie to oprócz rozciągających się kilometrami lasów teren jezior, rzek i nieprzebytych bagien. Kilkukrotnie idąc na „szago” (na przełaj) natrafiamy na bagna i jesteśmy zmuszeni zawracać, omijać i wyznaczać kolejne trasy. Co chwila przechodzimy przez rozrytą przez dziki ściółkę a teren zaczyna być coraz bardziej trudny.

Przystanki robimy tylko na uzupełnienie energii, nie trwają one dłużej niż kilka minut. Prócz tradycyjnego jedzenia mamy m.in. batony energetyczne, które  Około 4 rano zaczyna świtać, w tym miejscu robimy sobie 15 min. przerwę. Jesteśmy strasznie zmęczeni a to nawet nie połowa trasy.

Za wsią Lipinki (gmina Warlubie) natrafiamy na niesamowite miejsce. W środku lasu naszym oczom ukazuje się surowy monument. Jest on poświęcony praktycznie nieznanemu wydarzeniu jakie miało miejsce 3 czerwca 1946 r. Pozwolę sobie tutaj przybliżyć tę historię, powiem szczerze, że dla mnie też była ona nieznana. Tego dnia oddział partyzantów Władysława Chelińskiego „Małego” zaatakował grupę funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w celu odbicia aresztowanych mieszkańców Lipinek, m.in. miejscowego proboszcza i dowódcę oddziału partyzanckiego, leśniczego Jana Sikorskiego „Wilka”. W potyczce zginął Sikorski, a także pięciu funkcjonariuszy, w tym dowódca Grupy Operacyjnej MO/UB. Późnym wieczorem z Lipinek wyruszyły dwa samochody ciężarowe z grupą operacyjną MO i UB przysłaną z Bydgoszczy do zwalczania „band”, które w tym czasie zwiększyły swoją aktywność w Borach Tucholskich. Dobrze uzbrojonym oddziałem dowodził urodzony w Moskwie ppor. Wizor. Funkcjonariusze mieli powody do satysfakcji. Wieźli aresztowanego partyzanta, proboszcza parafii z Lipinek i trzech mieszkańców, którzy tak jak proboszcz pomagali „bandzie”. Pojmany Jan Sikorski „Wilk”, leśniczy leśnictwa Kuźnica, całą wojnę walczył jako dowódca oddziału „Wilki” z niemieckim najeźdźcą. Po wojnie prędko przekonał się o tym, że wyzwoliciel ze wschodu jest nowym okupantem. Nawiązał kontakt z przybyłą na Pomorze V Wileńską Brygadą Armii Krajowej Majora Łupaszki w celu ochrony miejscowej ludności przed zbrodniczo poczynającą sobie nową władzą z nadania sowieckiego. Działał w konspiracji, ludność Lipinek i okolic widząc w Nim swego obrońcę pomagała Mu tak jak to było w czasie okupacji niemieckiej. Znaleźli się jednak zdrajcy i tak doszło do aresztowań. Samochody wiozące więźniów wyjechały ze wsi i piaszczystą drogą wjeżdżały do mroczniejącego lasu. Nagle zza drzew rozległy się strzały. To oddział partyzancki Władysława Chelińskiego „Małego” zaatakował wyjeżdżającą z Lipinek grupę operacyjną. Celem ataku było odbicie aresztowanych. Funkcjonariusze ponieśli duże straty. Na miejscu zginęło trzech milicjantów, a po kilku dniach na skutek odniesionych ran zmarło jeszcze dwóch. Zginął dowódca grupy operacyjnej ppor. Wizor. Słabo uzbrojeni partyzanci po awarii karabinu maszynowego wycofali się. Jan Sikorski „Wilk” został zastrzelony przez milicjantów.

Warto przytoczyć wstęp opracowania Marzeny Kruk „Potyczka pod Lipinkami 3 czerwca 1946 r.” :

w1958 roku funkcjonariuszom, którzy zginęli w walce z partyzantami, ufundowano w Lipinkach pomnik. Do 1990 r. regularnie odbywały się tam uroczystości mające na celu «upamiętnienie bohaterskiej walki z reakcyjnym podziemiem i bandami». Jeśli w ogóle mówiono o Janie Sikorskim, partyzantach i ich pomocnikach, to tylko jako o bandytach. W 1996 r. zmieniono tablicę na pomniku, a naprzeciw umieszczono symboliczny nagrobek Jana Sikorskiego. Niestety wciąż niewiele osób wie, co tak naprawdę zdarzyło się w 1946 r. na drodze z Lipinek do Osia. Wielu nadal uważa, że funkcjonariusze UB i milicjanci zginęli w walce z bandytami. Naszym obowiązkiem jest nie tylko przywrócić pamięć o bohaterach takich jak Jan Sikorski, ale także zadbać o należne im miejsce w szeregach niezłomnych – tych, którzy do końca walczyli o wolność ojczyzny.

 Przez dłuższą chwilę stoimy i czytamy IPN-owskie tablice informacyjne, by następnie w milczeniu i refleksji oddalić się.

W chwili, kiedy pisałem tę relację ogłaszano haniebny wyrok przeciwko chłopakom z Wrocławia i nie wierzę w jakim kraju żyję, gdzie patrioci przelewali swą krew za ojczyznę i leżą często w bezimiennych mogiłach a czerwone skur..ny jak Bauman świętują triumf w niby wolnej Polsce.  To tylko może nas utwierdzić w przekonaniu, że nasza walka jest słuszna.

 Wróćmy jednak do naszej podróży. Jest już po 5.00 i słońce pięknie świeci . Nad Sobińską Strugą (rzeka) robimy mały przystanek na posiłek. Jesteśmy strasznie wyczerpani drogą i brakiem snu.

Po chwili ruszamy dalej, zostaje nam ostatni etap naszej wyprawy. 7 km przed końcem trasy robimy godzinny przystanek, jesteśmy już skrajnie wyczerpani i robimy małą drzemkę w polu. Końcówka wydaje nam się nie mieć końca. Zbieramy jednak siły i po 12 godzinach (w tym przystanki i godzinna drzemka :P ) około godziny 11.00 docieramy na miejsce. Naszym oczom ukazuje się widok jak po bitwie, chodzi o trąbę powietrzną, która przeszła przez Bory Tucholskie 2 lata temu. Rozbijamy się na zboczu nad rzeką Wdą i robimy upragniony wypoczynek. Rozpalamy ogień by przygotować jakiś konkretniejszy posiłek, kawę i herbatę. Jesteśmy zmęczeni jak cholera i zadowoleni z siebie. Łącznie zrobiliśmy ponad 45km w niełatwym terenie. Wypoczywamy, omawiając naszą wycieczkę i debatujemy już o kolejnej ;) Po półtora godziny „przylatuje po nas śmigłowiec” i udajemy się do domu.

Zachęcamy wszystkich AN do aktywnego wypoczynku i do zobaczenia na szlaku!

                                                                                                                          Otto

Translate

   

   

Polecamy

 

 

 

więcej w dziale

LINKI

Visitor counter, Heat Map, Conversion tracking, Search Rank